Odcinek 23. Wietnam. Gwarne i zaskakujące Hanoi

Lot z Denpasar do Hanoi z przesiadką w Kuala Lumpur był ciekawym doświadczeniem, ponieważ oznaczał konieczność spędzenia nocy na lotnisku w stolicy Malezji. Normalnie nie zachwycam się nocami spędzonymi w hali przylotów/odlotów czy strefie bezcłowej, ale tym razem rozbiłam obóz pod ruchomymi schodami, z własną, prywatną palmą. Cały czas niesamowicie trzęsłam się z zimna – nie zabrałam nic ciepłego do bagazu podręcznego, a śpiwór zgubiłam w autobusie jadąc z Jawy na Bali. Oznaczało to jedno: nie miałam czym się okryć przed arktycznym zimnem płynącym z klimatyzacji, co wymuszało częste spacery – przynajmniej raz na pół godziny robiłam sobie przebieżki wokół najciekawszych sklepów na lotnisku, mimo, że wszystkie byly już od dawna zamknięte. Jak można się domyślać, moje nocne spacery nie uszły uwadze ochronie lotniska – bardzo szybko zaczęłam być śledzona przez panie ochroniarki w hidżabach, z czego na wyróżnienie zasługuje fakt, że 2 z nich pobiegły za mną do toalety i  dzielnie czuwały pod drzwiami, by sprawdzić co robiłam w środku…

Noc na lotnisku i lot do Hanoi

Poranny lot do Hanoi był oczywiście opóźniony, więc czekanie nie miało końca. Gdy już udało mi się dotrzeć na miejsce, w Hanoi czekała na mnie cała procedura związana z visa on arrival – wjazd do Wietnamu jest troszkę bardziej skomplikowany , niż w przypadku innych krajów SEA, głównie ze względu na panujący ustrój. By otrzymać wizę po przyjeździe trzeba wcześniej zdobyć list intencyjny od osoby, która mieszka w Wietnamie oraz wypełnić kilka wniosków. W dobie Internetu nie jest to szczególnie skomplikowane i prkatycznie każdemu udaje się bez problemu przekroczyć granicę (chyba, że ma się wiele “ciekawych” pieczątek w paszporcie) – mnie udało się dopiąć wszystkich formalności będąc jeszcze w Indonezji, dzięki pomocy Tomasza Ryczko z WIETNAM WIZA – SERWIS WIZOWY.

Ludzie w Wietnamie, czyli jak się tu traktuje turystów

Do centrum Hanoi dotarłam minibusem w towarzystwie dziewczyny z USA, której mama jest Wietnamką. Odprowadziłam ją do jej hostelu i spróbowałam znaleźć coś dla siebie. Pierwsze moje zaskoczenia były takie: w centrum historycznej części Hanoi jest mnóstwo świetnej klasy hostelów oraz hotelików poukrywanych w wąskich uliczkach. Trudno natomiast znaleźć obiekt oferujący relatywnie tanie pokoje. Po kilkunastu próbach, trafiłam do hotelu, w którym wynegocjowałam niezłą cenę za nocleg. Mój pokój był zdecydowanie najgorszym ze wszystkich możliwych, a i obsługa mocno dawała mi do zrozumienia, że traktują mnie jak gościa drugiej kategorii… Jak się później okazało, to nie była domeną tylko tego obiektu, bo z chłodną i opryskliwą obsługą spotkałam się w większości miejsc noclegowych w Wietnamie (czego nigdy nie doświadczyłam w innych krajach SEA, no może z wyjątkiem szalonych właścicieli domków przy plaży na wyspie Tioman).

O Hanoi mogłabym opowiadać długo. Miasto jest fantastyczne i zaskakujące – wszechobecne symbole socjalizmu, poranne targowiska ulokowane na wszystkich możliwych ulicach, uliczkach i placach, street food (Pho Bo i Bun Cha – moje ulubione potrawy), architektura wywołują efekt “wow”. Jak się do tego doda wszechobecną, super aromatyczną kawę po wietnamsku oraz próby przejścia przez ulicę (możesz stać i czekać godzinami aż ktoś Cię przepuści – nigdy to się nie stanie. Jedyne, co możesz zrobić, to wziąć głęboki oddech i wyjść na jezdnię w nadziei, że nie zginiesz, a chwilę później być w ogromnym szoku, że skutery i inne środki lokomocji skutecznie Cię omijają, nie drasnąwszy nawet lusterkiem), to śmiało można uznać to miasto za jedno z najlepszych, jakie odwiedziłam w Azji.

Zwiedzanie Hanoi

Praktycznie całe 3 dni spędzone w tym miejscu poświęciłam na ostre zwiedzanie. Po raz pierwszy do dawna zaciekawiły mnie typowo turystyczne obiekty, jak Świątynia Literatury czy Cesarska Cytadela (wpisana na listę UNESCO) – oba pełne cudownych bonsai, które ubóstwiam! Miło spędziłam czas czytając książki na ławkach wokół jeziora Hoan Kiem czy przechadzając się mostem Long Bien. Ciekawe okazało się także szukanie śladów wpływu kolonializmu francuskiego – a tutaj można by wyliczać długo, zaczynając chociażby od wzorowanej na Notre Dame katedrze Quan Thanh po typowo francuską organizację ogrodów miejskich.

Wydawać by się mogło, że po odwiedzinach tych wszystkich świątyń w Indonezji będę miała powyżej uszu obiektów kultu religijnego, ale w Wietnamie odkryłam jeszcze inny wymiar tego rodzaju miejsc. Pierwszy raz miałam możliwość udziału w ceremonii w nurcie kodaizmu, który przez niektórych uznawany za sektę. Trafiłam tam jak zwykle przypadkiem, słysząc ciekawe dźwięki wydobywające się z wnętrza będąc świątyni Cu Chi. Zamiast się wycofać, spędziłam tam ponad godzinę oczarowana charakterem obrzędu.

Turystyczne Hanoi i co się za tym kryje

W Hanoi wyjątkowo mocno odczułam, że w im bardziej turystycznym miejscu jesteś, tym będzie ludzie wykorzystują fakt, że jesteś turystą. Cały czas mnie nieco denerwuje fakt, że jest to niejako zasada wszystkich większych miast, ponieważ na obrzeżach i prowincjach ludzie są bardziej chętni okazać bezinteresowna pomoc oraz są mili, uśmiechnięci i ciekawi ciebie. W dużych miastach Azji Południowo-Wschodniej (i nie tylko Azji) najczęściej musisz płacić za to, że jesteś turystą. Wydaje mi się, że coraz więcej osób zauważa tą prawidłość – jedno przyjmują ją dzielnie na klatę, przymykając oko częśto horrendalnie zawyzone ceny noclegów, transportu czy posiłków, inni starają się z tym walczyć na różne sposoby. Ja wyznaję złoty środek – jesli wiem, że na trasie, którą muszę przebyć kursuje publiczny autobus, korzystam z niego zamiast wybierać taksówkę. Czy w ten sposób staję się złym człowiekiem, który zamiast wspierać lokalną gospodarkę próbuje zaoszczędzić? Nie. Wychodzę z założenia, że mam prawo nie korzystać z pewnych usług. Za to chętnie partycypuję w innych.

Przykład wyzysku turystów w Azji

Dla mnie bardzo ważnym aspektem podróży, czy też przygotowań do niej, jest zrobienie dobrego researchu cen za różne dobra i usługi – tych dla lokalsów i dla turystów. Robię to po to, by nie dać się wykorzystywać. Praktycznie nigdy nie zdarzyło mi się targować cen jedzenia – czy na targach, czy w knajpach. Jeśli wiem, że ktoś zawyżył cenę nieznacznie albo nawet dwukrotnie, godzę się z tym, bo wiem jak działa ta machina. Natomiast jeśli ktoś chce kilkukrotnie zarobić na mnie wykorzystując domniemaną niewiedzę – wybieram inne miejsce (tak było w Hanoi gdy kobieta na ulicy chciała mi sprzedać lokalne ciastka po cenie 20x wyżej niż dla lokalsów. Życzyła sobie za nie praktycznie równowartość dwuch noclegów w moim hotelu, co skwitowałam uśmiechem i podałam jej cenę, którą byłabym w stanie zapłacić ze przekąski. Dziewczyna od razu zauważyła, że mam świadomość lokalnych cen i od niechcenia sprzedała mi ciastka. Ale nie naciągała mnie więcej ani podczas zakupu, ani następnego dnia). Jeśli znajdę miejsce, w którym traktują mnie normalnie, chętnie tam kupuję więcej, wracam i polecam innym. Doceniam uczciwość i  wole zostawić pieniądze w miejscach, gdzie taką spotykam.

Hanoi jak prawie w każdym innym większym mieście w Azji zauważyłam olbrzymie marże nakładane na rzeczy  i usługi, takie jak: noclegi, transport czy w szczególności wycieczki do różnych atrakcji. Ceny znacząco różniły się między agencjami. Sama kwestia kupienia biletu na autobus krajowy w tym miejscu była dość problematyczna – musiałam przejść pół miasta po to, by dotrzeć do biura sprzedaży biletów firmy Parma, który miał stanowczo najtańsze bilety na połączenia między Hanoi a wyspą znajdującą się w zatoce Ha long Bay, czyli Catba.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *