Tajlandia, odcinek 1: Bangkok, część 1 – Za głośno tu dla mnie!

Niedziela Wielkanocna, godzina 11.00. Stoję grzecznie na Dworcu PKP w Katowicach i czekam na pociąg do Warszawy. Na peronie prawie nie ma ludzi, dosłownie kilka osób, m.in. młodo wyglądający chłopak w stroju typowo podróżniczym (spodnie bojówki, koszulka, bandamka, sandały) i plecakiem równie wielkim, co mój (jak się okazuje później na lotnisku, 19 kg). Coś mnie tknęło, ale jednak nie podeszłam. 4 godziny później spotkałam go na odprawie do tego samego samolotu, którym miałam dostać się do stolicy Tajlandii.

Wsiadam do pociągu, idę do przedziału. W przedziale oprócz mnie siedzi tylko jakiś zagranicznie wyglądający chłopak. Po wymianie kilku spojrzeń i przełamaniu pierwszych lodów, okazało się, że to Kanadyjczyk, który od kilku miesięcy podróżuje po Europie. Zwiedziony świetną ofertą lotów czarterowych Rainbow Tours (tą samą, co i ja, czyli 300-500 pln za lot do Bangkoku nowoczesnym Dreamlinerem), postanowił trochę zmienić pierwotny plan swojej wycieczki i wpaść na kilka tygodni do Tajlandii. Ucieszona, powiedziałam, że to też mój kierunek i w ten oto sposób dotarliśmy, wspólnymi siłami, do Bangkoku. Na miejscu okazało się, że zarezerwowaliśmy noclegi w dwóch różnych częściach miasta, więc po sympatycznym pożegnaniu, każde ruszyło w swoją stronę.

Lecąc do Azji wiedziałam tylko, jakie kraje chcę odwiedzić, nie miałam żadnego konkretnego planu zwiedzania.

Nie przeczytałam ani jednego poradnika, nie tknęłam żadnego przewodnika, jedyną skarbnicą wiedzy była dla mnie książka Tomka Michniewicza, Samsara – napisana po dłuższej włóczędze po Azji. Zaglądałam także regularnie na jego forum internetowe, www.koniecswiata.net, gdzie można znaleźć całą masę bardzo pożytecznych wskazówek odnośnie poruszania się po krajach azjatyckich oraz porady, co robić, a czego unikać. Traktowane zresztą przeze mnie, jak wszystkie rady, czyli z rozsądnym dystansem.

Wysiadając z szybkiej kolejki łączącej lotnisko Bangkoku z centrum miasta (Phaya Thai), poszłam na wyczucie wzdłuż ulicy szukając jakiejś informacji turystycznej, gdzie doradziliby mi, jak dojechać w interesującą mnie część miasta, Khaosan. Jak się okazało, wszystkie kolejne TI były nieczynne i dopiero po ponad półgodzinnym marszu w nieznośnym upale udało mi się znaleźć budkę, gdzie na przyklejonej do szyby kartce papieru było napisane, wielkimi literami i po angielsku, Khaosan Rd.: 503, 59. Czując nadchodzące wybawienie, usiadłam i spokojnie czekałam na autobus. W końcu: JEST! Jedzie 503!!! Tylko dlaczego, do jasnej cholery zatrzymuje on się na 3 pasie ruchu (jezdnia miała 4 pasy, wszystkie do przodu – objaśnienie niedoszłego kierowcy), a nie na pierwszym, zaraz obok przystanku? Nie zastanawiając się długo, pobiegłam, klucząc między trąbiącymi na mnie samochodami i wsiadłam. Po niecałej półgodzinie sympatyczny Taj pokazał mi, że pora wysiadać, więc wysiadłam i skręciłam w drogę, którą mi wskazał. Po chwili zaczepił mnie kolejny sympatyczny Taj, który widząc bijącą z mojej twarzy bezradność, dalej mnie pokierował.

Bangkok, 1:0 dla mnie!

Po zameldowaniu się do Wild Orchid Villa zrozumiałam, dlaczego mój pokój, nazywający się Single Economy, jest właśnie economy. Łazienka piętro niżej współdzielona z innymi gośćmi nie była żadnym problemem (chociaż to była najgorsza łazienka w moim życiu, przebiła nawet te w gdańskim akademiku, których doświadczałam każdego dnia przez 3 lata). Także trumienny metraż pokoju i brak jakiegokolwiek okna (zastępowała je plastikowa żaluzja wychodząca na korytarz, przez którą słychać było wszystkie rozmowy, kroku, hałasy) nie był wyzwaniem. Ale brak gniazdka elektrycznego okazał się dla mnie nie do przejścia. ‘Co zrobisz, jak nic nie zrobisz’, pomyślałam cytując klasyka i udałam się grzecznie na recepcję zapytać, czy podłączą mi parę rzeczy do prądu.

Po nieudanej próbie odespania lotu, zrezygnowana wstałam z łóżka i wyszłam w miasto. Nie wiedząc, co i jak, i poruszając się bez mapy poszłam w stronę pierwszej interesująco wyglądającej ulicy. Po drodze znalazłam mały, ale całkiem ładny publiczny park z widokiem na rzekę, więc chwilę posiedziałam, a następnie, kierując się po omacku poszłam prosto i weszłam na strasznie ruchliwą i gwarną ulicę. Idąc dalej, mijałam kolejne lokalne domostwa i w końcu weszłam pod jakiś most, gdzie siedziała grupa mało sympatycznie wyglądających młodych lokalosów. Szybko wycofałam się stamtąd i ruszyłam w kolejną ulicę. Po chwili przystanęłam, zastanawiając się, co dalej. I wtedy, znowu: miło wyglądający Taj w średnim wieku podszedł do mnie i zapytał, gdzie chcę iść.

Twarzą w twarz z Tajami

Okazało się, że pochodzi on z północy Tajlandii i przyjechał na kilka dni do Bangkoku pozwiedzać i załatwić kilka spraw. Wyliczył mi całą masę miejsc, które powinnam odwiedzić i dał wiele wskazówek odnośnie poruszania się po mieście. Pan był na tyle uprzejmy, że zapisał w moim kajeciku, funkcjonującym jako dziennik podróży, wszystkie nazwy miejsc (po angielsku i po tajsku) oraz, dowiedziawszy się, że za około 3-4 miesiące będę przejeżdżać przez  północ Tajlandii, zapisał mi swój numer telefonu. Co więcej, zamachał dla mnie po Tuk Tuka (żółtego, bo te mają stałą cenę 40 bht (ok. 4 pln), i kazał kierowcy obwieźć mnie po wszystkich miejscach, o których wspominał. I tym samym, wsiadłam i pojechałam zwiedzać wielki posąg Buddy i buddyjskie świątynie. Na samym końcu dotarliśmy do ostatniej z mojej listy, chyba już szóstej, świątyni Czarnego Buddy, która w rzeczywistości oprócz posągu Buddy, jest kompleksem wielu pięknych małych obiektów religijnych.

 

Bangkok, Tajlandia

 

Buddyjskie ceremonie i wielkie zaskoczenia

Zainteresowana wielością bogato zdobionych uren, które stały za szybami jednego z pomieszczeń, bez zastanowienia weszłam do środka. I wyszłam. Bo w środku było mnóstwo ludzi z kwiatami, z wieńcami, ze świecami i masą innych rzeczy. Przed wejściem zaczepił mnie kolejny miły Taj, który będąc świadkiem zaistniałej sytuacji, wytłumaczył mi grzecznie, że trafiłam do krematorium, gdzie żegnani się głównie oficerowie służb publicznych i właśnie trwa pogrzeb. On natomiast jest tu od rana, bo godzinę wcześniej żegnał swojego przyjaciela, a wg przesądu buddyjskiego, zmarłym należy towarzyszyć aż do końca, czyli do pochowania/złożenia w kasetce, urny ze skremowanymi szczątkami. Pan wytłumaczył mi także, że pogrzeb, który w danym momencie się odbywa ma charakter publiczny i mogę dołączyć do ceremonii. Zainteresowana możliwością zobaczenia czegoś autentycznego, zapłaciłam kierowcy Tuk Tuka i zostałam w świątyni. Może to trochę pesymistyczny początek wizyty w Bangkoku, ale doświadczenie bardzo interesujące. Po około 15 minutach, które wywołały u mnie olbrzymi podziw dla spokoju zgromadzonych Tajów w obliczu dość smutnej sytuacji, postanowiłam więcej nie przeszkadzać i znaleźć jakąś informację turystyczną w celu zapytania o możliwość objechania kilku tajskich wysp.

Biuro Informacji Turystycznej w Bangkoku – po co i dla kogo

 

Informacja turystyczna. O dziwo dziewczyny mówią po angielsku (oprócz wspomnianych kilku Tajów, kierowcy Tuk Tuka i recepcjonistki z mojego ‘hotelu’, niewiele osób posługuje się tym językiem w stopniu wyższym niż „thai massage!”, „taxi, lady?, „where are you come from?” – a właśnie, po odpowiedzi, że “Poland”, znanej tutaj jako Polen, wszystkim facetom pojawiały się na twarzy wielkie uśmiechy i radośnie obwieszczali mi: ”Great football team!” , podając mi rękę w geście gratulacji.  A ja za każdym razem w głowie miałam: „GKS Katowice, Ruch Chorzów, Lewandowski, Brzuch Lewandowskiego, żona Lewandowskiego, Wisła Kraków, stawki kibiców, kolega z byłej pracy i … tyle”). Także, robiąc dzielnie pewną siebie minę, odpowiadałam wszystkim „Yeah, true” i zaczęłam się zastanawiać, czy był może jakiś mecz, o którym nie wiem, gdzie w końcu nasi rodacy coś wygrali? Pewnie tak, ale mając znikomą wiedzę na temat piłki nożnej, postanowiłam się nie zagłębiać w temat zanadto.

Wracając. Informacja turystyczna. Mówię, że chcę jechać na jakieś spokojne, mało turystyczne wyspy. Pani grzecznie pokazuje mapę, tłumaczy, poleca, proponuje, że może mi zabookować bilety na autobus, transfer na przystań, bilety na łódkę i takie tam. Na co ja w sumie stwierdzam, że czemu nie, na pierwszą wyspę mogę pojechać w ten sposób. I wtedy przyszło do płacenia i okazało się, że:

  1. Nie mam tyle bht, ile trzeba
  2. Nie mam wystarczającej liczby dolarów
  3. Bankomat stojący obok TI nie wypłacił mi pieniędzy, bo bank mi zablokował kartę (jak się później okazało, względy bezpieczeństwa, itp.)
  4. Nie mogę już się wycofać z rezerwacji, bo drukarka zaczęła pluć biletami.

I co wtedy? Po nieudanej próbie odblokowania konta przez Internet, zrozpaczona pytam, czy mogę przyjechać jutro i zapłacić, bo mam w pensjonacie pieniądze i drugą kartę kredytową – to drugie wszystkim odradzam, bo do transakcji jest doliczana opłata około 5-10 dolarów). Uprzejma pani odpowiada, że po co, przecież może mnie zawieźć teraz ktoś z biura do mojego obiektu. Znowu stwierdzam, że czemu nie i z całkiem zadowolona z obrotu wydarzeń wychodzę z budynku, rozglądając się za jej samochodem. Samochodu nie ma, jest za to skuter.

Skuter

Dla niewtajemniczonych – nie umiem jeździć na rowerze, nie uznaję dwukołowców. Ze strachem w oczach wsiadam jednak na tył maszyny. Nie dostaję nawet kasku, niczego. I w ten sposób przez kolejne 10 minut przemierzam Bangkok, miasto SMOGU (tak, SMOGU, bo przy krakowskim, śląskim, warszawskim smogu, tutaj nie ma smogu, ale jest SMOG – co zresztą doskonale widać na zdjęciach), miasto gdzie nie obowiązują zasady ruchu drogowego, miasto, gdzie skuter ma prawie każdy, miasto gdzie okazuje się, że niebezpieczna jazda o zachodzenie słońca może być jednak przyjemna. A już odkrywszy, że koło siedzenia są specjalne uchwyty dla pasażera, droga powrotna do TI była już bardzo przyjemna!

Pierwszy dzień w Bangkoku za mną

Idąc spać stwierdziłam, że całkiem sporo rzeczy mnie spotkało jako na pierwszy dzień i mam nadzieję, że nie są to dobre złego początki. Jednak już kilka godzin później dopadł mnie jetlag i od 1 do 6 rano czasu lokalnego przeklinałam siebie i życie.

Nie nastawiwszy budzika, następnego dnia budzę się o 12.30 czasu lokalnego. Wykończona, wycieńczona, zła na siebie i głodna (od przylotu miałam w ustach tylko trochę pikantnego czerwonego curry, które ze względu na olbrzymią zawartość imbiru, wywołało u mnie niechęć do zjedzenia więcej niż 3 łyżek), ogarnęłam się i lekko zdezorientowana ruszam dalej w miasto. W pierwszej kolejności postanowiłam zobaczyć Grand Palace, który znajdował się około 200 metrów od mojego zakwaterowania i który wypatrzyłam dnia poprzedniego. Jak się okazało, jest to jedna wielka atrakcja turystyczna, do której przybywają miliony, a kolejki mogą się równać tym do Luwru (kto był, ten wie). Po 15 minutach przeciskania się przez masę Amerykanów, Chińczyków, Rosjan, Arabów i przedstawicieli innych nacji, opuściłam to miejsce z myślą, że to nie dla mnie.

I poszłam w stronę rzeki z myślą o przeprawie do świątyni Wat Arun, o której słyszałam całe mnóstwo cudownych rzeczy od znajomych. Po drodze pytałam mnóstwo osób jak dojść i w końcu, zgubiwszy się kompletnie, znowu podszedł do mnie jakiś miły Taj i zapytał, gdzie zmierzam. Po wyjaśnieniu mu sytuacji, doradził, by odpuścić świątynię w ciągu dna i udać się tam koło godziny 17.00, bo o zachodzie słońca odbywa się tam olbrzymia ceremonia, która na pewno mi się spodoba. Po wysłuchaniu koncepcji mojego wyjazdu do Azji oraz standardowym „Great football team!” stwierdził także, że powinnam odwiedzić Szczęśliwego Buddę i pomodlić się za udaną podróż (kto wie, jakie są moje przekonania religijne, może sobie wyobrazić wyraz skrajnego sceptyzmu rysujący się na mojej twarzy), a następnie wejść na Golden Mount i iść do tajskiej fabryki ubrań (bo, w przekładzie na Polski: „To twój szczęśliwy dzień!! Ta fabryka jest otwarta dla normalnych ludzi tylko przez 3 dni, raz na pięć lat, bo normalnie ubrania są tam szyte na zamówienie dla króla, królowej i reszty rządu”) – i tu ponownie moja mina, ta sama, co przy pomyśle z modlitwą. Dziękując mu za rady, wsiadłam w Tuk Tuka i pojechałam.

 

 

 

Po posiadówie – sam na sam –  z posągiem Buddy, wyszłam całkiem zadowolona, kierując się jeszcze do sali modlitewnej. Tam siedział sobie kolejny przemiły Taj, który standardowo pogratulował mi dobrej piłki nożnej, zapytał o moje plany i rozgadał się na temat wysokiej jakości jedwabiu we wspomnianej już fabryce ubrań. Dochodząc do wniosku, że za zwiedzanie nic nie zapłacę, co najwyżej stracę trochę czasu, poprosiłam kierowcę Tuk Tuka, by mnie tam zabrał. Skoro wszyscy chwalą, to musi być fajnie, nie?

I tutaj rozczarowanie numer jeden.

Fabrykę ubrań zawsze sobie wyobrażam jako wielką halę, w której bardzo duża liczbą osób (no dobra, stereotypowo – małych Chińczyków) w tym samym momencie szyje bardzo dużo ubrań.

A tu się okazuje, że tutejsza Fabryka Ubrań to nic innego, jak luksusowy zakład krawiecki.

Z którego Cię nie wypuszczą, jeśli niczego nie kupisz.

Po 10 minutach oglądania katalogu z sukienkami, dowiedziawszy się, jaka jest cena za uszycie  jednej (ok. 1000 pln), chciałam po cichu zwiać. Ale nie, „Jak nie sukienka, to może szaliczek?”. I tu szaliczki za 150 pln, a tu szaliczki za 2 tysiące.

A ja, że nie chcę, nie mój budżet, dziękuję, idę, pa!

Ale pan sprzedawca, nie dając za wygraną, obniżał stopniowo cenę, aż do 70 pln i tu się poddałam, bo wiedziałam, że z nim nie wygram. A moja asertywność spadła do zera.

Kaszmirowy szalik, czyli jak poległam w walce z nachalnym sprzedawcą

Wychodząc z kaszmirowym szalikiem, którego nie chciałam, zrezygnowana wsiadłam do Tuk Tuka. A tam kierowca, czując możliwość zarobku, zawozi mnie nie na Golden Mount, ale… do innej fabryki ubrań. I tłumaczy mi, że tylko na 10 minut, bo musi zatankować. Grzecznie tłumaczę, że nie, dzięki, nie chcę, nie mam kasy. Ale się nie udaje. Wchodzę, a tam znowu Pan sprzedawca ze sztucznie szarmanckim uśmiechem. Już na wstępie mówię, że chciałam tylko pooglądać materiały i nic nie kupię. Na co facet do mnie, że „Tuk Tuk drajwer czeka na kupon i normalnie kupon daje się tylko przy zakupie garnituru, ale da mi takowy, jeśli kupię cokolwiek! TAKI MIŁY BĘDZIE!”.

Na co ja, wkurzona już nieźle, dziękuję, wychodzę. Wsiadam do Tuk Tuka, kierowca bez słowa wiezie mnie na Golden Mount i oświadcza, tonem zimnym jak lód, że to ostatni przystanek, mam wysiadać i spadać.

No to płacę, wysiadam i spadam.

 

Golden Mount, czyli jeden z głównych zabytków Bangkoku

To taki kopiec, na czubku którego znajduje się kolejna świątynia Buddy. Na poniższych piętrach są natomiast specjalne dzwony, w które należy uderzyć „na szczęście” oraz posągi upamiętniające zwyczaj zjadania ciał ludzkich przez sępy (związany z historią o wielkiej zarazie rozprzestrzeniającej się po mieście przez zwłoki, które były tradycyjnie palone albo grzebane oraz o zatrzymaniu zarazy przez dzielnego króla, który wydał decyzję o wywożeniu zwłok do jednej jedynej świątyni za miastem, która jednak nie nadążała za spalaniem ciał i chcąc nie chcą, wystawiała je na żer sępów. Co ciekawe, pożeranie przez sępy to tradycyjny zwyczaj „pogrzebu” buddyjskich mnichów z Tybetu i Nepalu, tak więc zastanawiam się, czy nie ma to jakiegoś związku ze sobą i obiecałam sobie zgłębić ten temat w pierwszej wolnej chwili).

 

 

 

 

 

 

 

Po zejściu z kopca skierowałam się w stronę gwarnie wyglądającej dzielnicy, która, ku memu zdziwieniu, okazała się niczym innym, jak Chinatown! Po przemierzeniu ulicy cieśli, ulicy mechaników dwukołowców i dzielnicy sprzedawców złota, trafiłam na olbrzymi stragan, gdzie było wszystko! W osobnej budce były gumki do włosów, w osobnej peruki, w jeszcze innej kapelusze. Im dalej w targ, tym więcej ciekawszych ubrań, pamiątek, drobiazgów. A na samym końcu, gdzie już żaden turysta nie chciał się zapuszczać – coś na kształt zaplecza targowego. Zainteresowana weszłam w tą alejkę, pełną Chińczyków. No ale, na samym końcu zaplecza były sklepy z przyprawami dla lokalnych sprzedawców jedzenia, a w nich olbrzymie wory wszelkich możliwych azjatyckich specjałów, suszonych owoców i innych znakomitości. Zapach, który się tam roztaczał był niesamowicie intensywny, aż chciało się zostać dłużej.

 

 

 

 

 

 

Całkiem zmęczona tą wyprawą, w 38 stopniowym upale i powietrzu tak ciężkim od dymu i spalin, udałam się w stronę rzeki, by odwiedzić wspomnianą już wcześniej świątynię, Wat Arun, i wziąć udział w wieczornej ceremonii. Po ponad 10 próbach dotarcia do celu i przejścia całej rybackiej części Bangkoku (czego nie polecam w japonkach czy sandałach), dotarłam do świątyni i kolejne godziny spędziłam obserwując mnichów.

Nie mając już kompletnie sił, ruszyłam przed siebie w stronę hotelu i słynnej backapackerskiej części miasta, Khosan Rd. Najpierw łodzią na drugą stronę rzeki, potem z buta. A że był już wieczór, to się okazało, że ulica tętni życiem. Niestety, nie takim, jak bym chciała.

Cała prawda o Khaosan Road

Masa pijanych Australijczyków na zmianę z wrednymi Amerykanami i innymi grupkami, knajpy sprzedające tajskie jedzenie przygotowane pod gusta ludzi z Zachodu, stragany pełne ubrań i drobiazgów 5 razy droższych, niż na straganach w innych częściach miasta), domy rozpusty, tajskie masaże i Mcdonalds. Jedynie budki z jedzeniem prowadzone przez lokalnych mieszkańców wydały mi się autentyczne i zachęcające. A że nie jadłam jeszcze nic tego dnia (Taj ze świątyni powiedział: „Pod żadnym pozorem nie jedz nic w Chinatown!”), spróbowałam kilku wyśmienitych i tanich jak barszcz przekąsek. Wracając, całkiem szczęśliwa, do hotelu, musiałam się jeszcze przebić przez masę turystów, jeszcze większą grupę kierowców taksówek i Tuk Tuków węszących możliwość zarobku. Zmęczona dotarłam do mojego miejsca zamieszkania i przez grupę na FB, Travelbit, umówiłam się z dziewczyną z Lublina na następny dzień na zwiedzanie parku Lumphini.

 

Park Lumphini jest cudowny

Nie tylko dlatego, że znajduje się w innej, nowoczesnej i pełnej wspaniałych drapaczy chmur części Bangkoku (o której na razie nie wspominam, bo zwiedzanie jej zostawiłam sobie na mój powrót do tego miasta za kilka miesięcy), ale także doskonale pokazuje zamiłowanie Tajów do harmonii, równowagi (rozplanowanie parku, równość ścieżek), poszanowania innych tradycji (chińskie kapliczki) oraz rozwoju ducha i ciała (liczne ławeczki do medytacji oraz cała masa siłowni na wolnym powietrzu).

Powrót na Khaosan Rd.

Przedpołudnie okazało się całkiem udane, nawet mimo wielu komplikacji i zawirowań związanych z dojazdem do parku i powrotem z niego (4 przesiadki, 3 różne środki lokomocji). Jako, że mając w planach wieczorny wyjazd z Bangkoku w stronę wyspy Koh Chang, a zostało mi jeszcze kilka godzin, zdecydowałam się jeszcze raz ruszyć na Khaosan Rd. –  w dzień, z nadzieją, że będzie lepiej, niż w nocy. Lepiej może nie było, ale przynajmniej sprawdziłam. Resztę dnia spędziłam w malutki parku, tuż przy brzegu rzeki, słuchając koncertu tajskiej grupy popowej i czekając na autobus.

 

 

 

 

 

Poziom orientacji w terenie: 5/10

Poziom zachwytu Bangkokiem: 6/10

Poziom sympatii do Tajów: lokalosi 10/10, za wyjątkiem kierowców Taxi, Tuk Tuków i niektórych cwaniaków: 3/10

Liczba napisanych stron doktoratu: 0/10

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *