Odcinek 7: Malezja. Kuala Lumpur – pierwsze kroki w kraju muzułmańskim

Tajlandia była dla mnie pierwszym zderzeniem ze światem azjatyckim, natomiast Malezja… Malezja trochę skomplikowała sprawę. Mamy tu bowiem nie tylko powtórkę z tajskiej rozrywki, czyli hałas, szalony ruch drogowy, pyszne jedzenie, mieszankę tradycji i nowoczesności, przedsiębiorczość i multi-kulti – w tym wypadku mocno zdominowane przez religię muzułmańską. Już na wstępie muszę się przyznać się do tego, że nigdy szczególnie nie interesowałam się światem Islamu. Tym bardziej, Islamu w stylu południowo-azjatyckim, bo ten różni się znacząco od tego, którego możemy doświadczać bliżej Europy i o którym cała Europa huczy z powodu zamachów bombowych oraz innych aktów terroryzmu. Przekraczając granicę z Malezją kompletnie nie wiedziałam, czego się się spodziewać i jak zostanę w tym kraju przyjęta – samotnie podróżująca, biała kobieta, w dodatku ateistka, raczej nie brzmi jak idealne uzupełnienie społeczności żyjącej w zgodzie z wymogami Koranu. Z drugiej strony tyle się mówi, że Malezja jest krajem popularnym wśród turystów… No właśnie, turystów – jakoś nigdy nie utożsamiałam się z tym określeniem.

Dotarcie do stolicy kraju, Kuala Lumpur, rozwiało wszelkie moje obawy. Okazało się, że Malezja jest nie tylko krajem całkiem przyjaznym i bezpiecznym dla podróżujących w każdym stylu – także kobiet, ale także bardzo komfortowym i łatwym do przejścia.

Podróż do stolicy Malezji

Do KL dotarłam wcześnie rano – na zewnątrz było jeszcze ciemno. Wysiadłam na głównym dworcu autobusowym i tutaj doznałam kilku przyjemnych zaskoczeń – dworzec jest bardzo nowoczesny i mimo sporego oddalenia od centrum miasta, oferuje świetną i tanią siatkę połączeń – metro, autobusy publiczne, niedrogie taxówki. Po drugie, nigdy w życiu nie widziałam w jednym miejscu tylu kobiet w hidżabach i strojach zakrywających ciało. Ale za to w jakich! Ku mojemu kompletnemu zdziwieniu, panie ubierają się tu modnie i dbają o dobór dodatków, ciekawe połączenia kolorów i materiałów. Szalone torebki, najmodniejsze oprawki okularów, biżuteria, świetnie skrojone spódnico-spodnie, esencjonalne perfumy, to tylko kilka elementów, na które zwróciłam uwagę. Przez kilka kolejnych dni z radością obserwowałam tutejszą modę uliczną i coraz bardziej zmieniałam utarte w głowie wyobrażenie o mieszkańcach Malezji (chociaż bardzo się staram nie powielać stereotypów, to nierzadko gdzieś tam głęboko tkwią one w człowieku).

China Town, czyli kolorowy raj dla fanów targowisk

Jednak zanim dane mi było na dobre wejść w nowy świat, musiałam jakoś dostać się z dworca do China Town, gdzie zarezerwowałam sobie nocleg w tanim guest housie. Jako, że nie miałam mapy, to jak zwykle miałam szczęście – udało mi się wsiąść do odpowiedniego pociągu, a następnie dotrzeć do odpowiedniej dzielnicy dzięki… Chince, która przyjechała odwiedzić tu swoją rodzinę. Dość szybko znalazłam swoją noclegownię, która okazał się nie tylko ultra tania, co też niewarta swej niskiej ceny (pokój bez okien, metraż ok 6 m2,z przesuwanymi drzwiami zza których było słychać wszystko, co dzieje się na korytarzu i w każdym pokoju obok, brak pościeli, brzydkie łazienki na korytarzu, itp.) i po zameldowaniu się, ruszyłam w miasto – pełne targów, wieżowców, świątyń, meczetów, sklepów z tandetą, obcokrajowców i braku powietrza.

 

 

 

Inspirujące spotkanie na dachu hostelu

Wieczorem, siedząc na dachu guest house’u, skąd rozpościerał się cudowny widok na Chinatown i nowoczesną część miasta, miałam przyjemność poznać Rosjanina, który wraz z żoną i 5letnią córką prowadzą nomadzi tryb życia i akurat osiedli na kilka tygodni w Malezji. Rosjanin nie tylko opowiedział mi historię swojego życia (pochodzi z polskiej rodziny, która w latach 70. została przesiedlona do Kazachstanu, a on po otrzymaniu rosyjskiego paszportu, już jako dorosły człowiek ruszył do Azji podróżować – żyjąc z prostych prac fizycznych i grania na gitarze na ulicy. W Tajlandii poznał swoją żonę – także Rosjankę, a ich córka urodziła się na … Sumatrze), ale także dał wiele wskazówek, co powinnam zobaczyć i gdzie ruszyć. Tylko i wyłącznie dzięki niemu kilka tygodni później zdecydowałam się popłynąć na Sumatrę i zamieszkać z plemieniem Bataków (o tym opowiem szerzej w kolejnych wpisach), a także zobaczyć malezyjską wyspę Tioman.

Little India i Petronas Towers, czyli co warto zwiedzić w Kuala Lumpur

Kolejne dni spędziłam głównie na zwiedzaniu kolejnych dzielnic i próbując lokalnego jedzenia. Nie obeszło się więc bez wycieczki do Little India oraz zobaczenia z bliska Petronas Towers i wieży telewizyjnej. Co do samych atrakcji – dzielnica indyjska mnie skrajnie rozczarowała, za to wieże okazały się zaskakująco piękne – i z bliska, i z daleka, zarówno w ciągu dnia, jak i w nocy. Na wieżę telewizyjna nie wjechałam – cena biletu okazała się zabójcza dla mojego skromnego budżetu. Za to po raz kolejny ktoś próbował mi wcisnąć tzw. tourist scam – i tutaj uwaga. Jeśli próbujecie dotrzeć do wejścia na wieżę telewizyjną, mapa pokazuje dwie drogi. Przy czym jedna jest w rzeczywistości zamknięta, co oznacza konieczność obchodzenia przez około 15 minut kilku wieżowców, by dostać się w odpowiednie miejsce. Po drodze ktoś może was jednak zawołać i pokazać skrót, który wiedzie przez … hotel. Pięknie i miło, prawda? Nie bardzo. Po wejściu do windy zostaniecie poinstruowani, by wjechać na 7 piętro, przejść przez lobby i zapytać recepcjonistę o wejście na wieżę. Ten natomiast, zamiast wytłumaczyć, gdzie iść, pokaże Wam człowieka, który… sprzedaje bilety na wieżę wraz z transferem po cenie prawie 2krotnie wyższej, niż oficjalna. Nie obejdzie się więc bez kilkuminutowej przepychanki i asertywnych odmowach.

 

 

 

 

 

 

Omijanie żarłocznych małp w Batu Cave

Podobnych przepychanek możecie doświadczyć udając się na zwiedzanie słynnych świątyń hinduskich w jaskiniach, czyli Batu Cave. Ale tutaj zagrożenie jest trochę innego rodzaju – będziecie szantażowani nie przez ludzi, ale przez bardzo roszczeniowe małpy. I mimo, że miejsce jest absolutnie zachwycające, to jednak stale goniące w poszukiwaniu bananów małpy mogą trochę zepsuć ci humor. Bo mimo, że wyglądają niegroźnie, to są w gruncie rzeczy wredne bestie, a ich zębiska nie należą do tępych. A ich żebrząca o jedzenie natura to skutek uboczny tylko i wyłącznie masowej turystyki i nieświadomości ludzi przyjeżdżających do takich miejsc i dokarmiających zwierzęta – o czym kiedyś napiszę osobny post.

 

 

Ostatni wieczór w stolicy Malezji

Po 3ch dniach spędzonych w stolicy uznałam, że widziałam już właściwie wszystko i byłam praktycznie wszędzie. Może z wyjątkiem kilku muzeum, które szczególnie mnie nie interesują (oraz zapewne masą innych atrakcji, o których nie wiedziałam). Na zakończenie i uczczenie dostania się do Malezji postanowiłam napić się piwa – które w tym kraju jest okropnie drogie – prawie 35 pln za butelkę w sklepie. Poszłam więc do baru znajdującego się kilkadziesiąt metrów od mojego GH – Reggae Pub, bo mijając lokal kilkakrotnie podczas poprzednich dni, widziałam informację o jakiś happy hours. I to był strzał w 10tkę.

Akcja – wielokulturowa integracja

Już po chwili integrowałam się z dość ciekawą ekipą – chłopakiem z Etiopii który przyjechał do Malezji na studia architektoniczne; jego znajomym, który pochodzi z Nigerii i prawie nie mówi po angielsku oraz z Rickym z RPA, który przyjechał do KL na jeden weekend w styczniu, a nadal tam siedzi. Dlaczego? Bo w windzie w hostelu znalazł ogłoszenie o poszukiwaniu nauczycieli języka angielskiego do lokalnej szkoły, a że chłopak polubił Malezję i na brak gotówki nie narzeka (jest bogatym farmerem w Afryce – nawet nie wiedziałam, że tacy istnieją), postanowił zostać i zrobić coś dobrego dla świata. Wieczór toczył się leniwie i przyjemnie, ale po kilku godzinach musiałam się ewakuować do łóżka – budzik nastawiłam na 4 rano, by zdążyć na autobus do miejsca, które chciałam zobaczyć od wielu lat – brytyjskiej plantacji herbaty, Cameron Highlands!

Co mnie zdziwiło w Kuala Lumpur?

  • miejskie pociągi i kolejki, które posiadają osobne przedziały dla kobiet – niby banał w świecie muzułmańskim, ale dla mnie jednak trochę nowość, bo nigdy czego takiego nie doświadczyłam,
  • toalety – i znowu niby dla większości bardziej doświadczonych podróżników norma, a dla mnie jednak nowość. Toaleta wbudowana w podłogę, gdzie załatwiasz się w kucki. Pierwszy raz widziałam takie na południu Tajlandii i zrobiło to na mnie wrażenie. Ale w KL i całej Malezji jet to powszechne rozwiązanie – o czym przez kolejne tygodnie miałam się przekonywać na każdym kroku,
  • niesamowita ilość torebek i ubrań znanych projektantów i domów mody – tutaj wszystko jest o Chanel czy Diora, oczywiście – podróbki,
  • wielokulturowość i akceptacja różnych grup narodowościowych. W KL mieszkają obok siebie od kilkuset lat muzułmanie, chrześcijanie, hindusi, buddyści i przedstawiciele rozmaitych grup etnicznych – i niby żyją w pokoju i wzajemnej tolerancji. Nie wiem, za krótko tam byłam, by ocenić czy jest to w 100% prawda,
  • ruchliwe ulice. Niby po Bangkoku i Tajlandii nie powinno mnie to zaskoczyć, ale gdy człowiek chce przejść przez ulicę i znajduje pasy z sygnalizacją świetlną, to cieszy się jak dziecko. Ale mina mu rzednie, gdy się okazuje, że nawet gdy jest zielone, to auta jadą, jak chcą. A ty masz szansę przejść na drugą stronę tylko na dwa sposoby: 1) follow the locals, czyli czekaj aż ktoś ‘tutejszy’ będzie chciał przejść przez ulicę i depcz mu po piętach, b) czekaj, aż ktoś stojący nieopodal zlituje się nad tobą i zacznie machać i krzyczeć na samochody, by cię przepuściły. O dziwo, z drugą metodą spotykałam się dużo częściej.
  • świetnie rozwinięta siatka połączeń – komunikacja miejska i dalekobieżna. Dojedziesz właściwie gdzie chcesz i kiedy chcesz. A cena nie zwali Cię z nóg.
  • ceny alkoholu – i znowu, oczywistość, że w miejscach, gdzie jest małe spożycie, cena produktu, na który nie ma popytu jest wysoka. Ale że aż tak? Malezja to nie jest kraj dla piwosza.

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *