Odcinek 4: Tajlandia. Komercja: Koh Phangan

Po przeszło 2 tygodniach mieszkania w dziczy z brakami dostępu do najbardziej podstawowych dóbr, postanowiłam trochę zmienić lokalizację i wyruszyłam na drugie, wschodnie wybrzeże Tajlandii. Moim głównym celem było dostanie się na jedną z bardziej rozpoznawalnych wysp Kraju Uśmiechu, Koh Phangan. Kiedy po 12 godzinach przeprawy 5 czy 6 środkami lokomocji – w tym na stopa skuterem ze służbą ochrony portu, do którego zmierzałam, – dotarłam na ląd, już wiedziałam, że wybór akurat tej destynacji był olbrzymią pomyłką.

Dlaczego?

Ludzie! Ludzie wszędzie!!! Czyli co mi się się podobało w Koh Phangan

Zszokowana, zmartwiona, zestresowana dotarłam do Beach Village (podobno backpackerskiej mekki, która moim zdaniem na świetny marketing. I tyle.), gdzie zarezerwowałam nocleg i przez niecała godzinę powtarzałam sobie: nie będzie tak źle!.

Ale niestety było. I fakt, że pierwszy raz od pewnego czasu miałam prąd, WiFi, ciepłą wodę, bar na plaży, leżaki, drogi, dróżki, asfalt, znaki drogowe i 7eleven pod nosem (coś na kształt naszej Żabki, gdzie można kupić prawie wszystko, ale niestety po dużo wyższych niż wszędzie indziej cenach) wcale nie poprawiał mi humoru. No, może przez chwilę.

Wyspa okazała się:

    • skomercjalizowana,

 

    • zadeptana,

 

    • brudna (plaże niedaleko przystani Songserm to porażka),

 

    • głośna,

 

    • pełna turystów (turystów tego pokroju, którego unikam najbardziej, ale o tym w innym odcinku),

 

    • imprezowa – o tym akurat wiedziałam wcześniej, ze względu na słynne w całej Taj, Full Moon Party, czyli całonocna impreza na plaży, które odbywa się co miesiąc,

 

  • droga, a może lepiej po angielsku: overpriced.

I tak samo w odniesieniu do resortu, który wybrałam. Tutaj można by dodać, że obsługa była bezczelna, a 100 dolarów, które zniknęły z mojego bungalowa to raczej nie sprawka okolicznych jaszczurek. Dodam, że bardzo mi potrzebnych 100 dolarów. Przy czym całkowicie sprawiedliwie dodam też, że to moja wina, bo pobyt na poprzednich wyspach uśpił moją czujność i po prostu zostawiłam dobytek w pokoju.

Zalety Koh Phangan

Po może i zbyt powierzchownym, ale na więcej nie miałam siły, zwiedzeniu Koh Phangan doszłam do wniosku, że najlepsze rzeczy, jakie mnie tu spotkały, to:

    • małe knajpki typu Chicken&Rice, gdzie za równowartość 5 pln można zjeść pyszny, duży, świeży tajski posiłek (do wyboru jest menu składające się z ok. 10 propozycji),

 

    • targ ze świeżymi warzywami, owocami, rybami i owocami morza prowadzony przez lokalów, gdzie za niewielkie pieniądze można było dostać po prostu wszystko,

 

    • małe zatoczki z prawdziwie turkusową wodą, rafą koralową i wielkimi kamieniami przy plaży,

 

  • 2 piękne buddyjskie kompleksy świątynne Wat Ampawan i Wat Phu Khao Noi,
    • Francuz z żoną Tajką i córką, którzy mieszkają na wyspie od pewnego czasu (poznałam ich przypadkiem zabłądziwszy na plaży) – wspaniali, ciepli, mili ludzie, którzy nie tylko odprowadzili mnie tam, gdzie trzeba, ale też dali świetne rekomendacje, co, gdzie i jak oraz polecili odwiedzić mieszkającą na wyspie Polkę, właścicielkę resortu The Secret Beach (czego niestety nie udało mi się zrobić),

 

    • Luise i Phillipe ze Szwecji, których poznałam w resorcie i którzy okazali się parę cudownych, ciekawych świata ludzi. I lubiących Kraków 🙂 Spędziliśmy razem mnóstwo czasu i szczerze żałuję, że nasze drogi się rozeszły,

 

  • Tajka, Mrs Pong, prowadząca niewielką knajpkę i sklepik ekologiczny, u której całkiem przypadkiem zatrzymałam się na kokosowego shake’a. Moja mała przerwa na napój przerodziło się w 2 godzinną rozmowę, z której dowiedziałam się wszystkiego na temat jej rozwodu z Pakistańczykiem, który nie tylko ją wykorzystał, ale także teraz chce ją oszukać na olbrzymie pieniądze. Historia, jakich wiele – oceniać nie będę, ale Pong okazała się w gruncie rzeczy poczciwą, życzliwą i gościnną kobieciną. Jeśli ktoś będzie w okolicy, polecam wpaść na pogawędkę – miejsce można wyszukać na mapie Google.

W podsumowaniu

Po 2 dniowej próbie odnalezienia się spowrotem w rzeczywistości „wszystko na wyciągnięcie ręki” i próbie przełknięcia głośnego UMCYK UMCYK rozbrzmiewającego wszędzie naokoło, zwiałam z wyspy na leżącą w odległości ok. 1,5 drogi morskiej mniejszą, spokojniejszą i mniej turystyczną (?) wyspę Koh Tao, by tam świętować Tajlandzki Nowy Rok.

Koh Phangan? Nie polecam. Chyba, że masz worek złota i inne nastawienie 🙂

Poziom orientacji w terenie: 8/10

Poziom zachwytu nad wyspą: 3/10

Poziom sympatii do lokalosów 5/10 – loka losów prawie nie widać, poza taxi drajvers

Liczba napisanych stron doktoratu: 1/10

Poziom okaleczeń: 1/10

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *