Odcinek 3: Tajlandia. Idylla: Koh Phayam

Koh Phayam jest malutką wysepką (ok. 10 km x 30 km) ulokowaną niedaleko Koh Chang.  W okresie mojej obecności, mimo niskiego sezonu, przebywało tutaj dużo więcej ludzi, niż na poprzedniej wyspie. Ze względu na to, że nie jest ona zaliczana przez Lonely Planet do miejsc  wartych zobaczenia, trafiają tu tylko Ci nieliczni, szukający spokoju od cywilizacji oraz… Niemcy. Jak się okazało, znakomita większość turystów na wyspie pochodzi z kraju Germanii, a jest to spowodowane głównie tym, że wyspa ta jest opisywana w niemieckich przewodnikach turystycznych jako ostatnia dzika wyspa Tajlandii.

Sama w sobie wysepka Koh Phayam jest bardzo urokliwa i rzeczywiście dość dzika

Podobnie jak na Koh Chang, jest tu kilka dróg łączących wybrzeża ze sobą, nie ma natomiast samochodów – wszyscy jeżdżą na skuterach i motorach, które można wynająć na każdym kroku za około 150-200 bth/ dzień (15-20pln). Mnie też ponownie spotkała przyjemność  jazdy na tym wynalazku szatana – gdy dotarłam na wyspę, okazało się, że mój bungalow jest położony na drugim jej końcu – szybko zjawił się chłopak na skuterze (lokalne skuter taxi), który zaproponował, że zawiezie tam mnie i mój 20 kg plecak za równowartość 6 polskich złotych. Przerażona pomysłem jazdy z takim obciążeniem, po zadaniu setki pytań w stylu „Are you sure? It is really heavy!” i masie zapewnień, że „It’s fine!”, dałam za wygraną i pojechałam z nim. Mogę powiedzieć, że po raz kolejny podniosła mi się adrenalina, zwłaszcza przy zjeżdżaniu z rozmaitych górek i na skrętach. Jednak po minięciu jakiś 20 skuterów,  gdzie oprócz kierowcy było aż dwóch pasażerów i jednego skutera, gdzie prócz kierowcy była jedna, bardzo dużych rozmiarów pasażerka, wyluzowałam. Chyba mój taxi driver z jednym tunelem w uchu wie, co robi? Widocznie wiedział, bo po niecałych 10 minutach dotarłam cało na północ wyspy.

Podobnie jak na Koh Chang, elektryczność tutaj istnieje tylko dzięki energii słonecznej, co ma wiele plusów. Dni mijają spokojnie: na zwiedzaniu wyspy, pływaniu, nurkowaniu, surfingu albo leżeniu na plaży. Za to po 18stej, gdy prąd jest już dostępny, życie przenosi się do okolicznych barów i knajpek, gdzie wszędzie z głośników rozlega się muzyka reggae i sączy się na zmianę dwa tajlandzkie piwa: Chang i Leo. Lub lokalnego drinka sporządzanego na bazie wyspiarskiego rumu i mleka kokosowego.

Miejsce jest całkiem magiczne

Spokój, cisza, cała masa hippisów i backpackerów uciekających przed turystycznymi resortami  i pułapkami  cywilizacji. W moim miejscu pobytu (GoldkeyResort, 1 min od plaży, tani i całkiem porządny), znajduje się pole namiotowe tuż nad brzegiem morza, na którym rozbiło się około 20 osób. Wśród nich większość to niemiecka młodzież praktykująca tai chi, jogę, grę na flecie oraz całodniową medytację (śmiało podkreślę, że pogłębioną medytację – charakterystyczny ‘zielony’ zapaszek ulatniał się znad namiotów praktycznie cały czas). Jest tu także dwóch chłopaków ze Szkocji, którzy przyjechali wychillować; Chińczyk, który nigdy nic nie mówi oraz dwóch starszych panów, których psy zaczepiają wszystkich naokoło, a że nie mają imion, wołamy na nie: „NO NAME”.

Po całodniowym pieszym zwiedzaniu wyspy (dużo mniej stresującym i niebezpiecznym niż na Koh Chang, ze względu na dużą liczbę kierowców i przydrożnych knajpek), oraz dotarciu na dzikie plaże zamieszkiwane przez dzioborożce (hornbills),  ponownie umarłam. Po raz kolejny, mimo stosowania kremu z filtrem, uległam dość mocnym poparzeniom słonecznym , więc moja egzystencja przez prawie dwa kolejne dni skupiała się do leżenia na hamaku, obserwowania ptaków, rozmawianiu z moim domowym szczurem (nazwałam go Tommy; był on najbardziej towarzyskim ze wszystkich współlokatorów – słodka żaba spała sobie na ścianie całymi dniami, a wielka jaszczurka chowała się przede mną tuż pod dachem, pary razy jedynie wychylając z ciekawością łebek podczas brania prysznica) i czytaniu podarowanej na Wyspie Słonia książki o dziewczynie, która samodzielnie przepłynęła kajakiem Ocean Indyjski – z Australii na Mauritius.

Na szczęście, ludzie tu są na tyle serdeczni, że praktycznie co chwilę ktoś z pobliskiego bungalowa albo Chris, syn właścicieli obiektu (20letni niesamowicie sympatyczny wyspiarz, którego znajomość angielskiego jest bardzo ograniczona, za to ma tak olbrzymie serce i zawsze stara się we wszystkim pomóc) zaglądali do mnie pytając , jak się czuję, czy nie potrzebuję czegoś ze sklepu albo czy nie chciałabym czegoś zjeść. Lepiej niż w polskim szpitalu!

Dość szybko doszłam do siebie i postanowiłam ruszyć na zwiedzanie wyspy, tym razem wzdłuż plaży. Mój pomysł legł z gruzem po tym jak się okazało, że bardzo mocny przypływ zatopił praktycznie wszystkie plaże w mojej zatoce. Początkowo jeszcze myślałam, że uda mi się iść w wodzie po kolana, niestety, już po 5 minutach mocniejsza fala mnie ścięła, a ja wylądowałam na skałach. W efekcie tej wyprawy, straciłam paznokieć, rozcięłam sobie nogę i stopę oraz boleśnie obiłam kolano. I tak oto pokornie wróciłam na swój hamak.

Po opatrzeniu wszystkich rozcięć i nałożeniu opatrunków uznałam, że lepiej unikać wody przez jakiś czas – co przy tutejszych upałach jest bardzo trudne i mało komfortowe. Poszłam więc do studia tatuażu, które znajduje się dosłownie naprzeciwko mojego bungalowu i siedziałam tam cały dzień obserwując pracę tatuatora (tatuaże wykonuje się tu do wyboru dwoma metodami, albo tradycyjnie, bambusowym kijem albo maszynką) oraz podrzucając mu pomysły na nowe wzory. Zauważyłam, że chłopak nie jest szczególni utalentowany – za to z wielką pasją oddawał się swojej pracy. Co wcale nie znaczy, że chciałabym kiedyś trafić pod jego maszynkę…

Hippi Bar – moje ulubione miejsce na Koh Phayam

Wieczorem zawędrowałam po raz pierwszy do słynnego w okolicy Hippi Baru, który został zbudowany bezpośrednio na plaży na kształt wraku wielkiej łodzi rybackiej. Może to takie nawiązanie do leżącej dosłownie po drugiej stronie zatoki wioski piratów, może zbieg okoliczności. W każdym razie, Hippi Bar to miejsce niezwykle, klimatyczne i bardzo pozytywne (i nie, nie uważam tak dlatego, że pracuje tam najpiękniejszy Azjata, jakiego w życiu widziały me oczy!!!)– razem z drugą knajpą, Jungle Bar (coś na kształt szałasów w dżungli oświetlanych tylko lampionami, gdzie przy wejściu wisi kartka: „Nie mamy tu prądu, za to zawsze mamy dobry humor!”), stały się moimi miejscami kultowymi i stale odwiedzanymi podczas pobytu na wyspie.

Spacer wzdłuż rajskich plaż Koh Phayam

Gdy już w końcu udało mi się jako tako powrócić do w pełni sprawnych, zrealizowałam w końcu mój plan spaceru wzdłuż linii brzegowej. Jakim zaskoczeniem okazało się, że odpływ przesunął linię brzegową o dobrych kilkadziesiąt, jeśli nie kilkaset metrów, a mokry piasek odsłonił całą masę morskich zwierzątek i stał się miejscem polowań dla okolicznych ptaków. Zawróciłam i doszłam do wyspowej przystani, gdzie kierując się w drugą stronę znalazłam świątynię na molo oraz kilka ciekawych miejsc kultu religijnego.

Big Mike, czyli zagrożenia atakują zewsząd

Reszta pobytu na wyspie byłaby idealna, gdybym nie natknęła się przypadkiem na Big Mike’a. A było to tak:

Wracam sobie z plaży do bungalowu przez ogród, szczęśliwa i zadowolona z życia, gdy nagle słyszę dziwne warczenie z lewej strony. Patrzę przez ramię, myśląc, że to pewnie któryś z resortowych kundli. Ale nie. Pomyliłam się. Jakiś okaz z rodziny jaczurowatych, długi na jakieś 1-1,5 metra patrzył prosto na mnie. Wtedy też ja, całkiem sparaliżowana, krzyczę najwyższym możliwym tonem:

“CHRIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIISSSSSSS”.

Chris wybiega zza bungalowy obok. Patrzy na mnie, potem zerka na bestię.

‘O, więc poznałaś już Dużego Majka! Grzeczny Majk’ – mówi Chris, śmiejąc się ze mnie i drocząc się z gadziną.

Dziękuję, dobranoc.

Co myślę o Koh Phayam? Myślę, że uwielbiam tę wyspę. Za niezwykły, słodki zapach, za gościnność i życzliwość, za wspaniałe widoki, cudowne plaże, turkusową wodę. Za brak drzewa duriana pod oknami. Za malownicze zachody słońca oglądane bezpośrednio z morza albo kadłuba statku Hippi Baru.

Raj na ziemi? Zdecydowanie.

 

 

  • Poziom orientacji w terenie: 8/10
  • Poziom zachwytu nad wyspą: 9,5/10
  • Poziom sympatii do lokalosów 10/10
  • Liczba napisanych stron doktoratu: 0/10
  • Poziom okaleczeń: 7/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *