Odcinek 2: Tajlandia. Rajskie życie: Koh Chang

Po opuszczeniu gwarnego, zadymionego i niesamowicie głośnego Bangkoku skierowałam się w stronę najmniej turystycznych tajlandzkich wysp. Jako pierwszą destynację wybrałam backpackerską i hippisowską wyspę Koh Chang. Sama w sobie podróż nocnym autobusem do Ranong była całkiem przyjemna – jak się okazało tutejsze autobusy mają świetnie skonstruowane siedzenia z możliwością wysunięcia podkładki pod nogi, bardzo dużo miejsca dla pasażera, klimatyzację i oferują poczęstunek podczas podróży. Na nocnych kursach każdy dostaje także kocyk i poduszkę, co przy działającej na full klimie jest świetnym rozwiązaniem. I gdyby nie głośne piski Tajwanki, która obudziła o 1 w nocy wszystkich informując dramatycznie, że znalazła wielkiego żuka, mogłabym zaliczyć tą jazdę autobusem za najlepszą w historii.

Niestety, tuż po przybyciu na Dworzec Autobusowy w Ranong pojawiły się pierwsze problemy – nikt nie chciał mnie zabrać na przystań z voucherem wystawionym w informacji turystycznej w Bangkoku, wszyscy się przekrzykiwali, kazali mi płacić, nikt nie znał angielskiego albo udawał, że nie rozumie wypisanego i wyboldowanego napisu „PAID”.  Po ponad 20 minutowej batalii o 5 nad ranem udało mi się w końcu wsiąść na tył starego i rozklekotanego samochodu i ruszyć w stronę przystani. Tam miałam złapać łódkę na Wyspę Słonia. I tutaj kolejne schody – kierowca, mimo że na dworcu zapewniał że nie będę musiała nic płacić, nagle zaczął domagać się płatności. A  że ja nie chciałam zapłacić, to wybuchła kolejna awantura, w którą włączyło się pół okolicznej wioski. Skutek? Nie zapłaciłam, a pan pokazał mi na odchodne środkowy palec.

Po ponad 3 godzinach oczekiwania, na szczęście w gronie wielu innych samotnych podróżnych z całego świata (w tym Kasi z Polski, która jak się okazało także leciała opisywanym już wcześniej Drealinerem z Warszawy), przypłynęły po nas dwie łodzie. Jedna, speed boat, zabrała prawie całą grupę na wyspę Koh Phayam, którą zresztą mam zamiar odwiedzić zaraz po Koh Chang. Druga, bardzo zabytkowo wyglądająca łódka przypominająca bardziej kuter rybacki, niż łódź transportową, odpływała za godzinę w stronę mojej wyspy. Jako, że na przystani zostałam tylko ja, całkiem kulturalnie wyglądający facet z brodą z Nowej Zelandii, młoda dziewczyna z Niemiec oraz ponad 40 letni Szwajcar, umilaliśmy sobie zatem wspólnie czas pogawędką. W końcu udało nam się wsiąść na naszą łajbę i odpłynąć. Jak się po chwili okazało, Niemka i Szwajcar mieli zarezerwowane bungalowy około 500 metrów od mojego resortu, a Nowozelandczyk jeszcze nie miał planów. Użyłam zatem całej mojej siły przekonywania i z sukcesem udało mi się go namówić, by zatrzymał się tam, gdzie ja.

Oprócz naszej grupki, na zachodnim wybrzeżu przebywało w tym czasie może z 6 osób – oczywiście oprócz lokalosów oraz dwóch australijskich hippisów w średnim wieku, którzy pomagają przy budowie wielkiego posągu Buddy na wzgórzu. Wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że życie tutaj to spełnienie marzeń każdego samotnika i żeby zachować pewną homeostazę, nie będziemy sobie szczególnie wchodzić w drogę.

Życie na wyspie Koh Chang

Życie na Koh Chang poza sezonem turystycznym może być idealnym rozwiązaniem dla każdego, kto przedkłada ciszę, spokój oraz prywatną plażę nad szalone imprezy do samego rana. Układ dnia dyktowany jest przede wszystkim przez warunki naturalne, czyli wschód i zachód słońca. Na wyspie elektryczność pochodzi z agregatów solarnych, co oznacza, że dostępna jest tylko w określonym czasie – 18:00-0:00 (chyba, że w resorcie jesteś jedynym gościem – wtedy wyłączają agregat bez skrupułów już o 22.00 – doświadczyłam na własnej skórze ostatniego dnia pobytu, zaraz po wyjeździe kolegi z NZ). Oczywiście, wysokiej klasy resorty często posiadają dodatkowe źródła zasilania i oferują dostęp do prądu 24h. Niestety, luksusowe resorty nie wpisują się w mój malutki budżecik.

Moje życie wyspowe skupiało się koło kilku głównych punktów – poranna pobudka, prysznic w zimnej wodzie w łazience współdzielonej z dwoma nietoperzami, jaszczurką oraz całym mrowiskiem, śniadanie z widokiem na morze, całodniowe leżenie na pustej plaży (no dobra, dzielonej z dwoma psami właścicieli, które niewiadomo czemu się do mnie przyczepiły: spędzały także noce na moim tarasie i chodziły na spacery po dżungli) i wieczory przesiadywane na piwie z Nowozelandczykiem. Ze względu na opisane już braki prądu oraz niesamowicie wolne WiFi dostępne tylko w restauracji na szczycie wzgórza, chcąc nie chcąc, trzeba się było socjalizować – w przeciwnym wypadku wieczorami można umrzeć z nudów.

Dżungla

Po zwiedzeniu wszystkich okolicznych plaż (spośród których moją ulubioną stała się Long Beach), postanowiłam udać się na spacer na drugą stronę wyspy jedyną dostępną tutaj drogą. Niestety, nikt mi nie powiedział, że ta droga ma mnóstwo odgałęzień i skrótów. Tym samym, już po pół godzinie zgubiłam się na amen. Bez mapy dotarłam do jakiegoś domostwa i zapytałam, co dalej. Pani, która była gospodynią pensjonatu nieopodal, wskazała mi ciemną i mroczną ścieżkę wzdłuż wzgórza i patrząc krytycznie na moje japonki na stopach, powiedziała tylko: ”Too many trees, monkeys will say hello!”.

I miała rację.

Ledwo wspięłam się na ścieżkę po skałach, okazało się, że to już nie jest ta kulturalna dżungla, po której idealnie wydeptaną i wyjeżdżoną skuterami ścieżką poruszałam się przed chwilą. Tu zaczęła się taka dżungla, można rzec, prawdziwa i nieprzyjazna. Po kilkunastu metrach przedzierania się przez gęste gałęzie bez maczety i odczuwając skutki braku odpowiednich butów, zawróciłam na główną drogę. Cejrowskim ani Wojciechowską przecież nie jestem, a nie warto ginąć pierwszego tygodnia podróży.

Po jakiś 2 godzinach marszu w prawie 40stopnionym upale dotarłam do rozwidlenia, z którego wynikało, że kilkadziesiąt metrów dalej jest szkoła. Zainteresowana, ruszyłam w tamtym kierunku. Budynek był praktycznie opustoszały – dzieciaki w tym okresie mają wolne, a na miejscu był tylko jeden pan, który zajmował się murowaniem. Śmiało ruszyłam w jego kierunku zapytać, którędy na plażę, na co on wskazał prosto. Więc poszłam prosto. Po kilkuset metrach zaczęłam nabierać pewnych podejrzeć, co do właściwości obranego kierunku, jednak nie zrażając się, szłam dalej. Po kolejnych kilkuset metrach znalazłam coś na kształt rzeczki i wywnioskowałam, że musi mieć ona swój początek lub ujście nad morzem. Już chciałam ruszyć dalej, ale pojawiła się kolejna przeszkoda.

Mostek

Mostek skonstruowany przez miejscowych, który w żaden sposób nie powstał w zgodzie z jakimkolwiek prawem budowlanym, co więcej, przeczył wszystkim zasadom fizyki (jako humanistka mogę wyolbrzymiać): składał się z kilku kawałków gałęzi drzew i gałęzi funkcjonującej jako poręcz. Robiąc szybki rachunek zysków i strat, wskoczyłam na niego i drżąc za każdym razem, gdy któraś  gałąź wydała dziwny odgłos, udało mi się przebyć rzeczko-kanalik. Idąc dalej ścieżką usłyszałam dziwne powarkiwania i zza krzaków wyskoczyły na mnie dwa dziko szczekające psy. Okazało się, że za mostkiem i rzeczką wcale nie było żadnego zbiornika wodnego (albo może był, ale trzeba by wykarczować połowę drzew), tylko dom miejscowych, którym całkiem przypadkowo wdarłam się na teren. Nikt z jakiejś 10tki osób siedzących w kanciapie nie rozumiał nic po angielsku, wiec zniechęcona ruszyłam spowrotem (znowu tym chwiejnym mostkiem!), aż do skrzyżowania, które mijałam wcześniej. Obrałam drogę na wprost i po około 20 minutach ponownie zgubiłam się w dziczy.

Miałam jednak więcej szczęścia niż rozumu, bo w tym samym momencie, gdy chciałam usiąść i zacząć płakać (przypomniało mi to mój najdurniejszy życiowy pomysł, czyli wakacyjną przeprawę przez Dolinę Małej Łąki w Tatrach, na kacu, w upale, bez wody i z wyładowanym telefonem), znikąd wyłonił się około 60 letni mężczyzna na skuterze, który zaoferował podwózkę. I tak oto kolejne kilka minut przemierzałam dżunglę na skuterze, by dotrzeć na drugi koniec wyspy. Gdzie, jak się okazało, nie ma ani jednego dobrego dojścia na plażę, jedynie same przystanie rybackie. Niesamowicie zła na siebie usiadłam na chwilę na cypelku jednej z nich i stwierdziłam, że sytuacja ma jednak swoje plusy – widoki są dużo ładniejsze, niż na mojej stronie wyspy . Warto było tu przybyć chociażby, by zobaczyć lekki zarys okolicznych wysepek.

BOLI

Następnego dnia okazało się, ze moja wycieczka została okupiona nie tylko całym mnóstwem ugryzień przez rozmaite owady, masą odcisków na stopach, ale także… poparzeniami słonecznymi części twarzy i rąk, których nie udało mi się uniknąć, mimo stosowania kremu dla dzieci z filtrem 30 i przykrywania większości fragmentów ciała podczas wędrówki. Całodniowe smarowanie pantenolem i łykanie tabletek przeciwbólowych niewiele dało, ukojenie znalazłam dopiero w maści, którą mnie posmarowała miejscowa Tajka. Nie wiem, co to było (być może nawet odchody małpy albo innego zwierzęcia), ale było niesamowicie skuteczne. Jak mi później wytłumaczył Nowozelandczyk, ten rodzaj chłodzącej papki jest bardzo popularnym środkiem ochrony przez słońcem i kojeniu poparzeń w wielu krajach Azji, m.in. w Birmie. Jak się nazwya? Muszę wygooglować.

Nowozelandczyk

Curtis jest w podróży już 2,5 roku, z czego w Azji przebywa już prawie 12 miesięcy. Jest inżynierem pochodzącym z backapckerskiej rodziny (jego rodzice przez wiele lat prowadzili hostel, w którym dorastał). Niesamowicie miły i inteligentny człowiek, a przy tym całkowicie nie namolny. Spędziliśmy razem na wyspie w sumie 3 dni, które wypełnione były opowieściami z wielu rejonów świata i wymianie doświadczeń. Jak się okazało, Curtis dość dobrze zwiedził Polskę (na szczęście nie pojawiły się gratulacje w związku z „football team”), więc przeszliśmy razem wszystkie możliwe polskie tematy – od znaczenia naszych himalaistów dla rozwoju tej dyscypliny sportowej (nie ma bata, molestuję tym tematem każdą napotkaną osobę), przez problemy polityczne Polski, zawirowania wokół Auschwitz-Birkenau, niemiecki charakter Gdańska, tłoczność Krakowa, a także wódkę i piwo.

Curtis w tym momencie jest już w drodze do Indonezji, którą ja najprawdopodobniej odwiedzę najwcześniej za kilka tygodni, wiec mam nadzieję, że się jeszcze spotkamy.

Tymczasem ja, spakowana i opalona, wyruszyłam na Koh Phayam, malutką, dziką i podobno bardzo rastafariańską wyspę.

Poziom orientacji w terenie: 5/10

Poziom zachwytu nad wyspą: 8,5/10

Poziom sympatii do lokalosów: 9/10

Liczba napisanych stron doktoratu: 0/10

Poziom obrażeń: 3/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *